RSS
 

Opowiadania

Niezbadane są Wyroki Boskie

Opowiadanie w częściach [pierwsza publikacja na Fb stąd podział na części]

I

Pod metalową wiatą autobusowego przystanku siedział mężczyzna. W sinej od chłodu dłoni dopalał mu się papieros. Ubrany był schludnie, dookoła niego roztaczał się przyjemny aromat piżmowej wody kolońskiej. Człowiek patrzył szeroko otwartymi oczami w rozpościerającą przed nim przestrzeń. Był obojętny wobec rzeczywistości, gdy niedopałek z dłoni opadł na ziemię. Przyjechał długo wyczekiwany autobus, a mężczyzna nie wsiadł do niego. Patrzył bezwolnie na wysiadających podróżnych. Po chwili wysiadł z autobusu kierowca i najszybciej, jak tylko był w stanie, pognał do pobliskiego drzewa za potrzebą. Kiedy wjeżdżał w zatoczkę, jego oczom ukazał się dziwny widok. Ujrzał siedzącego pod wiatą człowieka nie zdradzającego żadnego śladu życia. Tak niecodzienny widok wywołał natychmiastowe parcie na pęcherz. Oznaczał nie tylko konieczność zawiadomienia dyspozytorni, także wypadnięcie z rozkładu jazdy oraz oczekiwanie przez nieokreślony czas na przyjazd policji i charonów. To wszystko równało się bezpowrotnej utracie dniówki w obecnej chwili, ale jeżeli powtórzy podobny epizod trzykrotnie w ciągu miesiąca, może nawet dyscyplinarnie zostanie zwolniony, bez prawa do odprawy. Myśli kierowcy koncentrowały się wokół jednego:
— Boże, daj żeby żył! Żona w ciąży z czwartym dzieckiem, teście przed rokiem zmarli, moi rodzice wcześniej też, daj żeby on żył, błagam!
— Podchodząc do przystanku zaklinał rzeczywistość. Zdania w jego głowie wybrzmiewały niczym mantra. Odruchowo otwierał i zaciskał powieki, marszcząc do bólu czoło. Wyglądał nieco komicznie, ale nie wygląd zaprzątał jego myśli.

— Halo, proszę pana…?! — przemówił do mężczyzny cicho i spokojnie. Nie było odzewu. Spróbował kolejny raz i zdecydowanie głośniej. Ponownie reakcji zabrakło.
— Cholera, co jest? Nie wygląda na martwego, no może usta zbyt sine, ale zimno jest… — starając się dobrze rozeznać sytuację, założył pospiesznie lateksowe rękawiczki.

II

— Dobrze, że na pierwszą pomoc mnie wysłali, bo już bym obok zejście zrobił — dodawał sobie odwagi, próbując nieudolnie namacać szyjną aortę. — Nie czuję, nie ma, ale gościu jakby jeszcze ciepły…? Co oni mówili na tym kursie? Żeby nacisnąć w takiej sytuacji kciukiem krtań poniżej… — w tym momencie pochylił się nad siedzącym, wsunął dłoń pod ściśle przylegający do szyi szalik i nagle upadł.
— Że też to mnie się musiało przytrafić! Boże, litości nie masz! Tamten siedzi nade mną nieruchomo niczym pomnik, ja cierpię wszechogarniający bezwład, palcem ruszyć nie mogę, w samej koszuli jestem, ostatni przystanek autobusu, żywego ducha nie ma, wiatr nawiewa ciemne chmury, bus otwarty, dwadzieścia minut do przyjazdu kolejnego, zamarznę! Jak to świństwo mogło przez lateks przejść? Nie, no jakby można było polegać na najnowszej technologii, to bym bliżniaczek nie miał! Musiały być uszkodzone, albo trzeba było maskę założyć, bo wziewne też mogło być. Dobrze, że przy upadku choć na plecy mnie odwróciło, bo bym musiał trotuar podziwiać, a tak, w niebiosa mogę popatrzeć… Kto mu to zrobił? On wygląda na martwego, to i ja też. Oby się żaden dureń nie trafił, bo nam sekcję za życia zrobią… Szefie, śnieg? Nie przesadzasz? Chce mi się wyć, a ust nie mogę otworzyć, oczu dla odmiany zamknąć, dobrze, że solą nie sypie z tych twoich chmur. Czemuś mi to uczynił? Zechciej choć jeden raz odpowiedzieć! Co z ciebie za Bóg, skoro się przed ludźmi w tym swoim rajskim niebycie ukrywasz?
— Ja jestem Pan Bóg twój… — wiatr zmieniając raptownie kierunek, zawył w sposób nieprawdopodobny, układając z szumu bezlistnych gałęzi drzew kakofonię dźwięków. Jedynie dla wybranych, Bóg przeznaczył swój przekaz.
— Tomaszu, przestałeś wierzyć, datego się spotykamy.
— Boże, czytasz moje myśli!
— Nimi obok ciebie trwałem, nimi rozmawialiśmy. Zawsze ci odpowiadałem, ale nigdy nie miałeś czasu mnie wysłuchać. Twój kolega też Tomasz.
— On żyje?

III
— Żyje, ale zastanawia mnie, co z wami zrobić.
— Jak to? A co chcesz zrobić?
— Powiedziałem, że się zastanawiam, nie rozumiesz? Zastanawiam, bo obaj chcieliście wielokrotnie do mnie, ale to nie była na was pora.
— Teraz jest?
— A ty, jak chcesz Tomaszu? Obaj, jak chcecie? Przywykliście powtarzać, że moich wyroków przewidzieć nie sposób, a teraz rościcie sobie prawo boskiej wszechwiedzy?
— On też z Tobą rozmawia w czasie? — Wiatr nagle ucichł. Zapanowała nieprzejednana cisza. Obaj mężczyżni usłyszeli jednoczesnie stukot końskich kopyt, naprzemienny z dźwiękiem przypominającym przesuwanie po betonowej płaszczyźnie ciała wielkiego morsa lub foki. Każdy kolejny ruch maszkary przybliżał ją do bezwładnych ciał. Im była bliżej, tym bardziej odór zgnilizny jej cielska wnikał w głąb mężczyzn. Z lęku przed nieznanym, obaj wołali Boga i błagali o pomoc, a pomoc nie nadchodziła.
Tomasz zapadał się w rozpadlinę własnego umysłu. Czuł, że jasność nieba będzie ostatnim widokiem w jego doczesności. Im większa siła wciągania, tym mniej tliło się w nim życia. Jego byt tracił sens…
— Tego chciałeś Tomaszu? Iść tam, gdzie wszyscy samobójcy? Po co mnie rozgniewałeś swoimi myślami? Swoim niedowierzaniem? Czym ja ci zawiniłem? Masz piękne dzieci, kochającą żonę, czego było ci brak?
— Pieniędzy — wykrztusił w ostatnim przebłysku świadomości przywróconej przez nagłe wznoszenie. Towarzyszyło temu odczcie przeciążenie tak silnego, jakiego doświadczają w startujących rakietach kosmonauci. Teraz widział chmury z bliska i wznoszenia nie przestawał. Ponownie usłyszał głos, ale to już nie był głos Boga. Jacyś ludzie rozmawiali ze sobą w jaskrawym świetle. Nie widział ani sylwetek, ani twarzy. Jeden mówił do drugiego o samolotach rozpylających substancję chemiczną nieznanego pochodzenia w okolicach przystanku. Ona poczyniła ogromne szkody w środowisku i zamordowała wiele istnień.

EPILOG
Z obszaru rozpyleń przeżyło zaledwie czterdzieści osób. Wśród nich, także tych dwóch frantów — wskazał głową pacjenta jeden lekarz drugiemu
i dopowiedział: — Żony odpowiednio szybko zareagowały, bo GPS pokazał im brak przemieszczania obiektów. Gdyby nie one, ich by już nie było. Swoją drogą nieźle się ustawili! Widziałeś te hordy żurnalistów przed szpitalem? Obaj ubezpieczeni byli, to zawsze parę groszy przytulą, a ponoć nigdy nic nie mieli… .

Linki do innych moich opowiadań:
„Mężczyzna w Kapeluszu”
„Drzewo”
„Zły Znak”
„Zoyka”
„Monolog o wiośnie”
„Koszt naprawy” – monodram
„Galaktyczne spotkania” – monodram
„Gość” – humoreska

Dodaj komentarz