RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘monodram’

Molieu richelieu

07 sie

Jakby nie spojrzeć, tak daję słowo, najlepszym dziełem boskiego stworzenia, są idealne kształty natury z wielkością zależną od przywidzenia.
Ot, tak przykładem zgrabnie szafując, pełnej frustracji lico pucując, najlepsze koronki są z czasu lata, które nam różnych do domu zaprasza.
Na przykład Stefka wraz z Mateuszem, pod skrzydłem Józka z zacnym Dariuszem, ja wiem że piękni, srebrzyste lisy, że błyszczą się w słońcu jak Adonisy, lecz wadę mają – li tylko jedną – w kontakcie z tkaniną uczynią piekło.
Nic nie pomoże żałobie tej chwili, gdy trzeba spojrzeć co uczynili. A zrobić potrafią niestety zawsze, ich czyny zaiste bywają straszne!

Bez wyobraźni lepiej nie sprawdzać albo lawendę ze sobą zabrać, albo spokojem opluwać boki, żeby odgonić molieu* uroki.
Ja nie umniejszam, czasem pomogą, gdy prócz wyobraźni weźmiemy ze sobą…

Tamborek i nici do haftowania, igłę nożyczki, pomysły wskrzeszania. Po kilku minutach, czasem godzinach, molieu richelieu** nam ciuchy pokrywa. Niby to modne, przewiewne, wygodne, lecz przede wszystkim niezwykle ozdobne (o ile koledzy byli kumaci i nie spożyli gumki od gaci). ;)

* molieu – neologizm dla potrzeb tekstu.
** richelieu – nawiązanie do rodzaju haftu którego wzory były wycinane a następnie obszywane.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Humoreski, monodram

 

„Galaktyczne spotkania”

31 mar

Jakoś tak człowiek ma, że kierowcą nie każdy jest, ale pieszym wszyscy. Nooo, może i dziwne, ale są miejsca dla których parkingów nie przewidziano, więc idę.

Jak idę? Ano, ruchem jednostajnie przyspieszonym z prędkością światła. Traf chciał, że taka potrzeba chwili. Kuna, dopiero wehikuł czasu pod wiatą na opał został, a można było tych parę metrów na siłę jeszcze podjechać, to nie! Miałam lepszy pomysł. Do dzisiaj żałuję – dzisiaj nawet bardziej niż wczoraj – mniejsza z tym, ostatecznie przez chodzenie się wszystko zadziało.

A gdzie mnie tak niosło? No tam, gdzie czasami wszystkich ponosi. Akurat miejsce nic do rzeczy nie ma, ale pęd do niego, bo czasami człowiek – po zdjęciu butów – zwyczajnie pędzi. Toteż zdjęłam i popędziłam. W sumie nic szczególnego, ale złośliwość materii nieożywionej o mały włos, – dosłownie mały – byłaby mi niespodziankę zrobiła, bo w ostatnim momencie, przed absolutnym finiszem, wziął i przełącznik światła nie zaskoczył. Ale… Ostatecznie nie takie przeszkody już się pokonywało.

Najważniejsze, że misję zakończyłam sukcesem. Taa, a że człowiek nie z tych, co by przyjacielowi nie pomógł, to wysunęłam dłoń do przełącznika i zdecydowanym ruchem doprowadziłam do światłości. Udało się, to pomyślałam, że jeszcze dodatkowa misja przede mną. Namierzyłam cel po lewo–zewnętrznej, niech sierściuchy też coś ode mnie maja. Się nachyliłam i takim łyżkiem plastikowym w bentonicie wykopałam kilka skarbów.

Słuchajcie, takiego szczęścia z wykopalisk jeszcze nie przeżyłam! Nooo, szczęścia, bo świadomie to czegoś takiego jak ja, nikt nie zrobi. To moje „szczęście” wynikało z tego, że krew się nie polała, ale wypadek był! Zupełnie nie wiem jak to się zadziało, ale to jakaś kosmiczna siła z innej galaktyki musiała maczać w nim palce! Wiem, bo widziałam…

Żadnych tam obcych, ale przebiegało „spotkanie” na poziomie najwyższego szczebla. Ta moja „wykopaliskowa działka”  – od wielu lat – leży zawsze w tym samym miejscu – swoją drogą, prawie róg obfitości, bo zawsze na obszarze mniejszym niż pół metra kwadratowego, znajduję skarb – między kątem wewnętrznym ścian a futryną drzwi. O tę futrynę się właśnie rozchodzi! Przywykłam, że ona w tym miejscu jest, a wczoraj się nagle i bez żadnych zapowiedzi wzięła i przesunęła.

Widziałam wyraźnie, że obce cywilizacje obok mnie nie stały, to i futryny nie dotykały! A jednak, coś się zadziało, bo jak galaktykę mi ukazało… Nie żadne gwiazdeczki, a mleczną drogę, orbitę Wenus i dziurę tak czarną, aż mnie zdziwiło we własnej osobie, że człowiek nosi głowę tak twardą! Nie zabolało, też nie zgrzytnęło, lecz śliwę mam rodem z Harry Potterów.
Żaden tam puder już nie pomoże – na szkody powstałe przez pustkę w głowie. :) :) :(

~©~Agar~¹6

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii monodram, opowiadanie

 

Koszt naprawy

16 mar

Radosna – niczym słoneczny promień odbitej w zwierciadle teczy – Idę. Fakt, nie jest to jakiś szczególnie długi spacer – tu przyczepić się może każdy, niemniej jednak na pierwszy rzut poranka w zupełności wystarczy – Do garażu idę. Otwieram z klucza skobel wierzei na własnym podwórku niczym wytrawny koneser zasłuchana w dźwięku, bo bardzo przyjaźnie zgrzytają – kakofonią jęku – po odcinku między potylicą a końcówką ogonową kręgosłupa – Yhmy,  szanownych sąsiadów przywykłam przyspieszać żeby też wstali -  A co tam?! – do tego momentu zawsze idzie w miarę gładko, później… – Uhm, zagadka – bywa różnie?!

Pierwsza czynność w garażu nie polega na uwieszeniu się u klamki weterana szos – skąd, żadne takie tam! – Metryka zobowiązuje – ani jemu nie wypada, ani mnie, choć u niego wypada więcej. – Sprawdzam delikatnie – z czuba moich ulubionych mokasynów made in ChRL – Ciśnienie w oponach – dla jedynie słusznego werdyktu zawierającego się standardowo gdzieś pomiędzy beznamiętnym „tak” lub „nie” – Rozważam ewentualne wystąpienie okoliczności zmuszających do użycia kompresora – jak but się zsunie ze stopy przy mocniejszym odbiciu: „Można jechać!”.
Źeby pojechać, trzeba wsiąść – innej opcji nie ma – Wsuwam pieszczotliwie opuszki delikatnej dłoni pod czarcią zapadkę zwodniczej klamki, ta zwyczajnie odskakuje, zasiadam przed sterem, wkładam kluczyk do stacyjki, przekręcam i słyszę: „Nieeeeee eee ee e” – no w mordę, znowu padlina nie chce zapalić! Mnie się spieszy, a on kaprys ma! – Nie poddaję się, ostatecznie jak nie odpali trzeba umieć opowiedzieć o objawach – próbuję jeszcze raz a ten mi ponownie to samo.
Cóż, siła wyższa. Otwieram maskę i udając mechanika sprawdzam klemy na akumulatorze. Niestety – ku mojemu zdziwieniu – Wszystko gra. Qrna, jak gra, to co mu jest? Ciśnienie wtrysku się z automatu uzupełniło – słyszałam – klemy kompletną wiązką przekazują napiecie, świece przed miesiącem wymieniane wraz z kopułką, co jest? – nie zgadnę, trzeba do mechanika dzwonić – Wsiadam, dzwonię.

Dopiero czwarte podejście „na drugi krąg” zwieńczył sukces. Pan Mechanik zechciał odebrać. Jak już odebrał, to w życiu jeszcze nie słyszał takiego tempa opisu objawów. Niech się cieszy, że w ogóle odebrał, bo w kontakcie bezpośrednim chyba bym go zjadła! Ostatecznie przed miesiącem nic podobnego się nie zdarzało – akurat tę uwagę raczyłam mimochodem dorzucić na końcu rozmowy -  niestety ku swojej zgubie.
No, tak! Ku zgubie, bo usłyszałam, że prawdopodobnie błąd popełniłam ja, a on zrobił wszystko dobrze. Noo, człowiek nie z tych co by drugiemu nie pomógł jak się zagotuje, więc pytam jeszcze grzecznie: „W czym tkwi błąd?”. Pan ekspert do mnie: „W przewodach od świec”.
Oż ty! – pomyślałam – „Panie, sklerozę pan masz? Trzeba było nie mówić że są w dobrym stanie, tylko wymienić kompletem!” – tu już zmienia mi się delikatnie tembr głosu – „Co teraz?” – jeszcze daję radę, ale rozmówca determinuje dalszy ciąg: „Trzeba wymienić przewody i zobaczyć czy odpali” – słysząc taką odpowiedź już zaczynam pąsowieć, ale zapytałam o koszt i usłyszałam: „Sto siedemdziesiąt przewody plus robocizna i jeszcze holownik, będzie coś w granicach sześćset, tudzież sześćset pięćdziesiąt”.

Odpowiedziałam, lecz niestety nie ma się czym pochwalić. Zaczęłam dość żywiołowo wychodząc od kanonów wiary w słowach: „Chyba Pana Chrystus opuścił, za taką cenę mogę z tego rocznika sobie full opcję kupić ze skórzaną tapicerką, otwieranym dachem, odrzutowym silnikiem w gazie, trzecim stopem, allusami i (…)” – w dalszej części przeciągnęłam eksperta przez Pięć Przykazań Kościelnych, wstęp Dekalogu i podstawy etyki ze złotymi klamkami tylko po to, żeby na samym końcu dodać serdeczne życzenia w zupełnie innym brzmieniu a to brzmienie niekoniecznie ma pozytywny wydźwięk społeczny, ale działa skutecznie i wcale nie trzeba przeklinać. – Nooo, wystarczyło zamiast odpowiedzi: „Miłego dnia”.
Popatrzyłam na telefon – ma zegarek – Jeszcze jest trochę czasu – pomyslalam i zaciągając się papierosem zajrzałam pod maskę. Zdjęłam przewody, obejrzałam i coś mi nie pasowało. Jakieś przeczucie może? Oj, sama nie wiem co, ale coś jakby eteryczna podpowiedź że to nie tutaj.
Jasne, jak nie tutaj, to gdzie? – ręce brudne po łokcie, myślę dalej – A bezpieczniki? – trop może być dobry – Gdzie montowali w wehikułach czasu? – tutaj kolejna zagadka ale znalazłam, bo przecież logiczne że przy sterze.
Akurat producent pomyślał, bo miejsce na lusterko zostawił i można łatwo po odbiciu szacować który do wymiany. Dzięki własnej zapobiegliwości obok apteczki wrzuciłam przed jakimś czasem podobny do niej kształtem pojemnik zawierający oprócz żarówek także bezpieczniki.  Jeden się przydał, bo właśnie jeden był przepalony. Wymiana na kliknięcie. Nawet maski nie zamknęłam. Wsiadłam, przekręcam kluczyk i… nic – zero reakcji.
„Trudno, nie zawsze zdobywa się świat” – przeleciało przez głowę, ale podwójnie smutno. „Dobra, trzeba zamknąć i autobusem jechać” – podeszlam do maski, opuszczam i nie chce się zamknąć. Podnoszę ponownie szukając powodu…

Znalazłam! W tym momencie aż zaczęłam się śmiać. Najzwyczajniej w ferworze walki z własną myślą o charakterze iście technicznym nie założyłam przewodów ponownie na świece.
Cóż, błędy popełniamy po to, żeby móc je naprawiać ale nigdy nie wiemy jaki będzie efekt naszych starań dopóki się o nim nie przekonamy.
Ja oczywiście sprawdziłam, wróciłam do domu, umyłam ręce, zapaliłam kolejnego papierosa i idę…
Idę wystawić wehikuł z garażu. Jeszcze wszędzie zdążymy. Takich trzech jak nasz duet, nie ma ani jednego.
Koszt naprawy?
Cóż, niepoliczalny. Dla jednych znikomy, dla innych majątek warty.

Szerokiej Drogi… :)

© Agar

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii monodram, opowiadanie

 

Monolog o wiośnie

08 mar

- utrudnienie dla czytających: przedłużony akcent na literach oznaczonych kwadratowym nawiasem.

Tytuł: „Monolog o wiośnie” – (pastisz o kobietach)

Jak już sobie usiądę, to nawet sobie pomyślę. Ostatnio chodziło po głowie: „Jakie są losy w Wiśle”?

Rzecz oczywista nie moje, choć zbieżne z moim nastrojem. Mnie o Marzannę chodzi – tę zwykle topioną w wodzie.

Bo jak do głowy przyszło, trzeba się: „Zd[e]rzyć z m[y]śl[ą]„. Wprawdzie będzie bolało, bo lichym pancerzem ciało. Po prawdzie: żadne topienie, a tylko drobne zderzenie.

Ochotę mam… – [U]czestn[i]cz[y]ć – W wielkim, aczkowiek niczym. Czymże jest niby zadanie: „Symbolu zimy spławianie”?

A tylko po to robione, by mąż nie chwycił za żonę. W sumie wszyscy mężowie – topiąc Marzannę – myślą o sobie.

Bo ileż już razy chcieli, utopić żony w kąpieli?
Albo zamknąć zwyczajnie w szafie, z oznaczeniem: „Niech już nie kłapie”.

[E]rudyc[i] – białej pościeli – wzięli chyba i zapomnieli, że Marzanna mocno dziecinna, z gruntu żony niczemu nie winna. Choci[a]ż, gdy spojrzeć inacze[j] pewne  cechy zbieżność wyznaczą…

Przykład pierwszy dotyczy fryzury – konduity porannej pazury.
Drugi za to – cechą dodaną – Podobieństwo jej twarzy rano.
Albo inną przywarę wymienię: obie czyszczą skutecznie kieszenie – tu pomyślcie, przyznacie sami, że koszt kukły zmniejsza się wsiami.

Zatem biedni są Ci panowie, którzy myślą tylko o sobie. Im tę radę trzeba sprzedawać: „Żona po to jest, żeby słuchać, bo pomaga na dno nie upaść”.

Tylko kobiet zwyczajnie szkoda, bo przemija ich wielka uroda. Z innej strony można powiedzieć, że powinny dbać tylko o siebie.

Choć Pan Życie bajką nie bywa, to „Spławianie” rzecz spr[a]wi[e]dl[i]w[a]. Niech mężczyźni się zajmą kukłami, my zajmiemy się… Mężczyznami!!!

___
copyright: Agar 2016 r.
___
Uwaga do tekstu:
- Tekst nie powstał z myśli samobójczych.

© Agar

 

Pomarańczowa metka

04 mar

Idziemy… – Może to i głupi zwyczaj? – Nie wiem, w każdym bądź[1] razie: „Idziemy”.
No jakto[2] kto? No my. No na zakupy idziemy. Ja i moja lepsza połowa. No lepsza no, raz Go tak nazwałam, to już rzutem na taśmę przez tych kilkanaście lat zostało…

To były czasy w których jak wpadliśmy we wspólny dyskurs, nic nie było go w stanie przerwać a jak już przerwało, było maksymalnie spektakularne. Oczywiście nigdy nie spodziewaliśmy się oczekujących nas zdarzeń, ale też jak się już zadziały, nie udawaliśmy, że miejsca nie miały. Ot, rzec można: „Cecha wrodzona u obojga”. Tamtego dnia ta nasza: „Wrodzona” zwiodła na całkowite manowce…

Letnia pora, popołudnie, w oddali market – z tych hiper. – Samochodów w bród, oddech ciężko-ołowiany z fajek – bo przecież nie od spalin – Idziemy… Przed nami idzie w równym oddaleniu i z utrzymaniem tempa rodzimy Indianin.
Noo, taki już prawie nie Polak, bo przez styl ubioru już prawdziwy Indianin! Ma na nogach oryginalesy „Cawboy-ki” i w podobie kapelusz z obszernym rondem, to kto on jest?
Indianin i kropka. Więcej definicji nie trzeba, bo w sumie nie ja strzeliłam pomyłkę, tylko taki jeden Krzysiek co to przed wieloma laty zwyczajnie kurs pomylił i statek w innym miejscu się znalazł! – mniejsza o większość – Idziemy, Indianin przed nami, patrzymy pod nogi, gadamy, chodnik szeroki, i jak nagle coś nie brzdęknie?! Jakiś taki… – dziwny – Dźwięk!

Nooo, oboje z przerażeniem, wybici z rutyny, szukamy co nam rozmowę przerwało. Widok… bezcenny! W tym momencie już nie idziemy, – ostatecznie chyba nikt nie zdąży sprzedać wszystkich towarów zanim dojdziemy – ale też przy naszych żwawych krokach gdyby tak się zadziało, spokojnie zdążą zarówno dowieźć, rozpakować, ometkować, jak i rozłożyć.

Namierzyliśmy przyczynę… Potwornie smutno nam się zrobiło… Ja o mały włos… Dosłownie: „Bardzo mały włos”, z tego: „Smutku” już bym nie doszła… Do… Toalety.
Traf chciał, że jakaś: „Nędzna kreatura” zaparkowała na chodniku w ramach: „Udogodnienia dla kierowców” tablicę wskazującą: którędy na plac sklepu, którędy prosto i którędy w lewo. Znak z rodzaju: „Nówka sztuka”. W swojej przebiegłej zmyślności – czynniki atmosferyczne, bo przecież na pewno nie koledzy „Drogowcy” – przypadkowo obniżyły/li magiczny drogowskaz o dobrych trzydzieści centymetrów. Dźwięczny brzdęk okazał się faktycznie złowieszczym…

Nooo, niby krew się nie polała… siniaków nie było, ale komuś to… – szerokie rondo – Zaszkodziło aż tak, że: „Dobrowolnie” – numer „Cawboyek” pokazał – Z taką pomarańczową metką. :)

___
[1] – zwrot powszechnie stosowany w mowie potocznej; w tekście niepoprawnej formy językowej użyto dla pierwszego wskazania na niski poziom narratora.
[2] – szczególna forma wypowiedzi polegająca na nieuzasadnionych akcentach wypowiadanych treści. Celowe zaprzeczenie poprawnej pisowni języka polskiego.

Copyright: Agar 2016

 

W czym mogę pomóc?

04 mar

Noo, jak tak dalej pójdzie, znowu ktoś zapyta z dozą niepewności: „W czym mogę pomóc?”.
Ileż ja miałam już takich przypadków — no pomyślcie tylko — W każdym miejscu jedno i to samo pytanie.
Czy jakiś kosmita jestem, czy jak? Nooo intencję mam chyba w tym samym czasie, w którym wybieram cel swojej podróży?!

Kurna chata, się porobiło…
Mogą zapytać w wielu formach, ale każdy powtarza jedno zdanie: „W czym mogę pomóc?”.
Tu zdałoby się odpowiedzieć: „Teraz już w niczym”, ale to nijak nie jest społecznie akceptowalne. Się tylko na idiotę wychodzi… Ostatnio w firmowym sklepie rzeźni ekspedientka wyjechała z podobnym tekstem. Aż mnie zatkało, a po chwili namysłu sama odpowiedź cisnęła się na usta: „Weź kwiatuszku ten tasaczek i idziemy w miasto na łowy”. I co? Prospołeczne? Nie, nie żadne tam takie. Z nieukrywaną radością odpowiedziałam: „Poproszę trzy metki tatrzańskie, szpachlówy z kilo i tego no… No tego… Pierwszego od lewej…”.
Czekam na reakcję, a Jejmość ciągnie ze swoistym nalotem: „Wiela?”.
Mamma mia! Ja do niej grzecznie, po polsku, a ta do mnie: „Wiela?”.
Aż mój proces myślowy ogniem po procesorze poszedł! No jak tak można? I na każdym progu znamienne pytanie: „W czym mogę pomóc?”.

A tak mam serdecznie dosyć tej fałszywej dociekliwości, że już z białej rolki aksamitnego papieru o zarysach szczeniaczków, zaczęłam notatnik robić! W pierwszej części – tej jeszcze nie użytej – mam nawet wpis!
Tak, pod jedynką figuruje adnotacja: „Proszę dokupić pomoce naukowe w ilości sztuk 12, bo czuję że zapas niedługo się skończy”.

___
Czwartkowy żart, proszę się nie sugerować, bo jeszcze mam! :-) :-) :-) Ołówek też. ;-)
___
© Agar

Copyright: Agar 2016

 

Diabeł tkwi w szczegółach

03 mar

Siedzę spokojnie na ławce w parku i czuję się jak skwarek. Przypieka nadmiernie, ale czego się nie robi dla tego no, jak mu tam…  „Body buildingu”, czy jakoś tak. – No mniejsza o większość – Spoglądam spod tych moich pogodnych okularów zamieniających wyraz  facjaty w kształt muchy uszczęśliwionej możliwością smacznego posiłku i widzę… No, no co ja mogę widzieć? – zawsze tak mam, że w tych słonecznych á la trendy mucha raczej nie widzę. – No zaryrys jakiś majaczy na ograniczonym horyzoncie. No niby białe onuce na stopy zaciągnięte, ale jak widzę w nich i niższe partie stóp – mimo iż generalnie tylko zarys – znaczy, że albo Frant w sandałach, albo binokla czas przetrzeć. Już wyciągam dłoń, już szykuję filuteryjny strzał na oślep tym moim zawadiackim spojrzeniem, kiedy dobiega mnie szmer rozmowy… – hmych, jaki tam szmer?! Iście wylewna monodrama w kakofonii jęku! – No nie, nie wierzę! – zdejmuję gogle i słucham dalej… – A tam, jakie słucham, wnikliwie obserwuję taniec muskularnego, opalonego – tu akurat niska pobudka mi się włączyła: zazdrość – i bardzo przystojnego mężczyzny w wieku średnio-przekroczonym, tylko po to, żeby zakwalifikować go do słowików! – Nooo, do słowików! W całości człowiek dłutem Michała Anioła rzeźbiony, a głos jak słowik. Normalnie jakby nutacja mu na starość została i miała zdarzyć za kolejnych dwadzieścia lat! – wyjątkowo skrzeczący słowik z telefonem przy uchu. – Myślę sobie żeby zaczekać i zobaczyć co będzie dalej, a ten frant rzeczony rusza zdecydowanie w moją stronę! – No nie! Którędy do wyjścia?!

Trzeba było nie kozaczyć, – krytykuję siebie – albo zamiast do parku iść pod solar na ciche i spokojne pięć minut. Kurna chata, wstać czy zostać? Babska intuicja podpowiada: „Uciekaj”, ale na drugim uchu podszepty persyflażowej natury ludzkiej akcentują wyraźnie: „Byłaś pierwsza, twoja ławka”. To siedzę i zaciągnąwszy ponownie okular mocy czekam na rozwój wydarzeń… Skończył – nareszcie! – Mój mord dźwiękowy, zamaszystym ruchem łokcia wycelowanego w moim kierunku podstawił telefon pod własny nos i wybrał czerwoną słuchawkę. Już zdążył schować do kieszeni, nawet cmoknąć pod nosem, już miał ochotę przyjrzeć się z bliska moim goglom, a może nawet odezwać, jak w zupełnie nieoczekiwany sposób rozległ się donośny dźwięk. – Żadne tam skowronki, Bach, Mozart, Beethoven, Czajkowski czy Chopin! To nawet firmowy nie był! – Dzwoniło czymś pomiędzy Adolfem z czasów II Wojny Światowej a uderzającymi o podłogę talerzami. Ba! Mało powiedziane: „Talerzami”. Trzeba dołożyć jeszcze pełną zastawę sztućców dla dwudziestu czterech osób i tyleż samo garnków z pokrywkami ze szkła pancernego, a to i tak pozostaje niezrozumiałe w swoistej regularności i tempie powtórzeń! Normalnie: „Dzwonek spersonalizowany” – pod kątem! – właściciela i nie pozastawiający złudzeń. W tym momencie już było zbyt wiele. Chciałam wstać i odejść, ale słyszę nader interesującą zmianę… – tego nie przewidziałam. To sobie myślę od razu: „Zaczekaj, robi się interesująco”. – Nooo, interesująco. Tembr głosu nagle z maleńkiej ptaszyny zamienił frant na całkiem sensowny, przeponowy dzwon. Nie: „Jakiś tam dzwon”, tylko taki całkiem tybetański gong. Normalnie te krajowe przy nim wysiadają! – Zaczyna się robić interesująco, to siedzę i słucham…
- Antypody kręgarza S.A., w czym mogę pomóc?

No nie! Albo Misiu śpi na forsie, albo w call center dorabia, słucham dalej…

- Tak, dodzwoniła się Pani do firmy. Przy telefonie kręgarz Antoniusz.

Antoniusz? Skąd on wytrzasnął takie imię? Żarcik jakiś…

- Owszem proszę Szanownej Dobrodziejki, już notuję: „wtorek, szesnasta”.

Nieźle! Żadnego notesu nie widzę, a ten jeszcze dwa razy dla pewności powtarza…

- Wtorek, szesnasta. Proszę sobie zapisać numer telefonu i koniecznie we wtorek potwierdzić termin na pół godziny przed wizytą.

Skubany – myślę sobie – Dobry tekst. Po co ma notes i długopis niszczyć? Klient jak będzie chciał, sam przypomni…

- Proszę notować: zero czterdzieści osiem…

Tutaj aż mi żuchwa opadła. Technika opanowana do perfekcji – żeby się klientowi bardziej atrakcyjnym przez egzotyczność wydawał – Numer z prefiksem krajowym podawany…

- Ależ oczywiście, full inclusive, jak zawsze przy świecach i z ręcznikami.

Łał, ja też chcę! No, ja też. Skończy, zagadam. Zaraz, dlaczego: „full inclusive”?…

- Tak, będzie i to. Cena bez zmian, VAT-u nie. Tak, wiem, ale tak dobrze szło, że nie byłem w stanie przestać.

ZONK! O co biega? Tu najpierw kręgarz, później świece z ręcznikami, egzotyczny numer, a ja z indexu GPW takiej: „S.A.” nie kojarzę, co jest grane?…

- Do widzenia, do wtorku.

To już się dowiedziałam. Jeszcze tego numeru nie pamiętam. Co robić? – pytam sama siebie. Akurat właśnie chowa telefon, raptem kilka sekund na szybką decyzję. – O! Ponownie dźwięki z tluczeniem szkła…

- Antypody kręgarza S.A. w czym mogę pomóc?

Patrzę na zegarek – busola kwarc made in ChRL, wszystko wołami, przez gogle widać – piętnasta trzydzieści. Mam kwadransik, posłucham dalej, ale coś jakby się zawiesił…

- … no, nie ma, bo być nie może… tak, całkiem poważnie… nie, nic mu nie będzie… na drugi dzień często tak bywa. To co, podjechać?

Ooo, ciekawe… Siedzę czekając na spektakularne zakończenie, może nawet na jakąś rozmowę, a ten się podnosi z ławki i niczym feniks ognisty biegnie do auta… Auta? – tutaj aż mi okulary spadły z wrażenia! Żadne osobowe… Ciężarówka! Oj, nawet duża! – Na tyle duża, żeby z oddali można było odczytać wielki, fluorestencyjny napis: – „Antypody Kręgarza – Skuteczna Asenizacja”… płynnych odpadów komunalnych. :)

Copyright: Agar 2016

 

„Lulek” — inna forma przemówienia

25 sty

Co wam powiem, to WAM powiem,
O mej walce z pustogłowiem.
O tych wszystkich bezpodstawnych, oskarżeniach niezasadnych.
Jaki temat przemówienia?
Taki co to nic nie zmienia.
Ani kolejności w szyku, ani w zdaniach spod dzienników.
Nic też dodać, wiele ująć i nie liczyć że zrozumią. :-)
Ja rozumiem, Wy czujecie, bo też o tym tu piszecie.
Ale nic to nie przyniesie pisać w kwiatkach o Wszechświecie.
Nawet Wszechświat w słowach ująć też jest dla tych, co rozumią :-)
Nie wywołam zaprzestania, ale prawdę ujmę w zdania,
Bo ja jestem typ wzruszony, taki co to dla kasiory butem stuknie,
Topór wbije i przytrzyma diabła siłę.
Mnie rozumieć nie za bardzo, pisać też nie, czytać rzadko,
A z tych rzadkich to też umiem zrobić zamek w tualecie — o czym mówię, sami wiecie. :-)
I tak właśnie sobie mendzę jak zajumać te piniendze :-)
Byście wzięli i pomogli Bank obrobić Bliskowschodni :-)
Obiecuję dobre gaże, dla niektórych apanaże i zaręczam jakem Lulek, że wyciągnę
Do Was sznurek. Tu nie o tym, że powieszę tylko o tym, że przewieszę.
Oczywiście tylko wtedy, gdy zaistnieć bez potrzeby będą miały dziwne fakty,
Z tym wymiarem niepotrzebnym, co dla Lulków dotąd wrednym.
Czyli krótko: z wyprzedzeniem proponuję dla kieszeni spontaniczne odrodzenie,
To się uda, bo myślałem i przez lata planowałem.
Czasu wiele miałem kiedy załatwiałem bez potrzeby ważne sprawy od Temidy,
Trzeba było miecz jej czyścić pod ochroną twardych krat, to zajęło kilka lat.
Jedno dodam: Nie żałuję! Ja jej szale już rozumiem.
Chcę abyście bez boleści pożegnali się z doczesnym, bo jak tylko nie słuchacie,
To zapukam w Waszej chacie! :-)

___
Żartobliwa wprawka twórcza. Proszę się uśmiechnąć do Lulka :-)

© Agar

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii monodram, opowiadanie