RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘felieton,’

„Demokracja” zakazów

28 mar

Niestety, sama nazwa ustroju: „Demokratyczny”, definitywnie zaprzecza temu, co w postkomunistycznej Polsce ma miejsce. Z całym szacunkiem, my demokratycznym krajem nie byliśmy, nie jesteśmy i raczej przez minimum pięćdziesiąt lat jeszcze, nie będziemy. Jeden drugiego demokratyzuje w każdym rozumieniu, mit koneksji wzrasta bez mitu. Nie ma szacunku dla człowieka, przeżywamy utratę: godności, poszanowania prawa i zasad moralnych, a wobec tego nabieramy wody w usta, bo… Tak trzeba?

Wracam usilnie do tematu, przynajmniej raz w roku rozważam założony błąd myślowy. Teraz też mam ten etap. Jak to możliwe, że w żadnym aspekcie od strony obywatela, nie widzę demokracji? Mogę mieć (w  posiadanej wielokrotności złożonych założeń), wykonywać też mogę wszystko, ale błądzę rokrocznie myślą. Każdy może mnie zablokować w dążeniu do celu. Wiem i znam to od lat. Być trzeba chorym psychicznie, do tego pazernym i zwyczajnym ignorantem, żeby nie radzić sobie z liczeniem! Nie może być tak, że trzeba pracować na banki, urzędników, własnych klientów, poprzednie pokolenia, a przyszłych mieć nie można z braku sił, niedojadania, chorób itd. Niby wiem, matematyka królową nauk, ale żeby mój kraj zatracił umiejętność liczenia? Odbudowali go ludzie, którym magazynowanie cegieł nastręczało liczne trudności, bo dobrobytu nie było. Nie było kast desygnowanych z urodzenia, nic nie było z wyjątkiem bezprawia i analfabetyzmu. Kto to wprowadził, że co chwilę trzeba zmieniać  nazewnictwo, a później szukamy tego, czego nazwę zmieniliśmy, bo nie pamiętamy czym to było? To nie jest budujące, a jasnych nazw brak. Brak dookreśleń – epitetów komunizmu.  Istny „Matrix” rzeczywistości. Tak być nie może! Jedyne co po Lechu W. powinno zostać, to złoty tekst o różnicowaniu kolorów. Komunizm był czarny, socjalizm też, a postkomuna to najgorsze co tworzy codzienność wypaczeń.

Gdzie są efekty prac rządu? Po co pozwoliliśmy sprawować władzę ówczesnej opozycji, skoro zapowiedzi zmian trwają od prawie dwóch lat, a namacalnie nie zmieniło się nic?! Rząd straszy kasty, zapowiada ich likwidację, tymczasem sam pozostaje sensu stricto kastą! Co obchodzić ma Kowalskiego czy Nowaka, kolejna komisja badająca sprawę sprzed lat, skoro za moment wchodzi prawo, które odejmie milionom Kowalskich i Nowaków chleb od ust po to, by dalej rosły grube zady pseudo urzędniczek w elektrowniach? Żart! Kolejne zaślepienie rządu. Liczniki do najnowszej technologii nie należą, kosztują niczym złoto, dodajmy do nich opłaty przesyłowe za sieci niezdatne do użytkowania, abonament i żadna rządowa pomoc z dodanym „plus” nie pomoże. Tylko tak mnie zastanawia, co niby ma na celu utrzymywanie pozorów? Od nich nic jeszcze nikt nie uzyskał.

Zbyt długi etap trwa prawie dwa lata. Nowa zmiana jest tym, co miało się odbyć przed laty po ustaleniach przy Okrągłym Stole, a nowego w niej nic nie ma. Nie jesteśmy krajem suwerennym, bo względem Unii obowiązuje nas poddaństwo, więc wróciliśmy do Zaborów. Wojna hybrydowa jest niczym innym, jak wyłudzeniem danych od obywateli. Nic nie pozostaje na własność, bo takowa nie istnieje w prawach unijnych. Unia każe i karze, unijny obywatel musi i robi, bo jest pozbawiony własnej woli przez kary zgodne z wewnętrznymi dyrektywami, a pozostające wbrew życiu i człowiekowi. Jesteśmy przede wszystkim obywatelami kołchozu europejskiego, którzy posiadają metrykę ze wskazaniem PL. Bez ślepego poddaństwa względem UE, czeka jedynie kara, a ta gorszą od zsyłki na Sybir, więzienia, czy śmierci. Za moment jedynie śmierć przyniesie wybawienie, bo mimo kolejnych zapowiedzi, obietnic i przestróg, jeszcze żadna kasta nie odczuła skurczu na portfelu. Gorzej, dalej z tkanki zapalnej rozdawane są kolejne nagrody i nominacje. Ile można wytrzymać? Gdzie jest dofinansowanie kultury? Gdzie są przepisy wykonawcze do ustaw? Dlaczego nie ogłoszono czasu uwalniającego z odpowiedzialności także obywateli?

To tak nie działa, nie ma tak że w przypadku braku odpowiedzialności za decyzje urzędnicze, obywatel musi respektować prawo. Jakie ono zatem jest? Okólniki potrzeba wydać dla gospodarstw domowych. Gdzie jest moc w oparciu o którą, decyzja o ludzkim losie przeważona została błędną decyzją obcej osoby (urzędnika czy sędziego), który pijąc na umór, zasądził to, o czym pojęcia nie miał? Gdzie jest edykt na mocy którego, wszyscy faktycznie pozostaniemy względem prawa równi? Dlaczego rząd przyjmuje pod rozwagę, zapowiada zmiany, do nich nie dochodzi?

Jakim prawem przyjęto projekt zmiany przepisów o transporcie w ruchu drogowym, zapowiedziano normalizację prawną na koniec lutego, tymczasem u schyłku marca, nic w tym aspekcie nie zrobiono? Policja zatrzymuje w Stolicy prywatne samochody po co? Żeby udowodnić obywatelom wyższość władzy? Przed rokiem odbierali prawo jazdy bez wyraźnych przyczyn. Dokument wracał tym, którzy nie czuli lęku przed anarchią, a teraz co? Nie da się wprowadzić zakazu działalności dla podwoźników? Jak zaklasyfikować tych, którzy chcą tylko jeść, czy ci ludzie są źli? No czytam na stronach internetowych, że są źli. Mam pytanie: źli są oni, czy rządy pozwalające na uwolnienie zawodów spod koncesji?

Żaden z wyroków sądowych wydawanych przez kastę prawniczo-urzędniczą, w minionych dwóch latach demokratycznego kultu wodza, nie powinien być honorowany, bo pozostaje w sprzeczności z chwilowo jeszcze nie cofniętym prawem do prowadzenia własnej działalności gospodarczej. To prawo wraz z Deregulacją Gowina, umożliwia wyzysk słabszych finansowo  obywateli, przez firmy podwozowe. Czy za wyzysk powinien odpowiadać ten, kto się wyzysku dopuszcza w celu jawnego wystąpienia przeciwko życiu i człowiekowi dla uzyskania gratyfikacji, czy ten, kto nic nie mając musi szukać pracy, praw, a po ich znalezieniu, płacić za wyzyskującego itp.?

Takie są realia, odpowiedzialność nie spoczęła we właściwym miejscu, tylko trafiła na grupę najbiedniejszą w kraju. Czy w tym zakresie, jakiś biegły z nowej kasty rządzącej, umie i/lub rozpoznał rynek taksówek? Czy zakupić wam kalkulator, żebyście przeliczyli, że bilet w transporcie miejskim kosztuje więcej, niż stawki za kilometr dla kierowcy w uzupełnieniu transportu miejskiego? Mandaty, paliwo, wynajem aut, opłaty bazowe, kasy fiskalne, zakłady mechaniczne, terminale płatnicze, jedzenie, wszystko kosztuje, a ustawy jak nie było, tak nie ma. Nasuwa się na myśl cytat z dialogu prowadzonego w filmie przez Śp. Irenę Kwiatkowską: „(…)Czekaj tatka latka”. Uberyzacja życia postępuje w najlepsze, jedynym zyskującym jest właśnie rząd, bo za każdy zakup odciąga VAT, czyli płacimy wszyscy, najbiedniejsi też i wcale nie muszą korzystać z usług firmy Uber. Programy z plusem po części wracają w VAT-cie do rządu. Swoją drogą, nie stanowią wlasności władzy, muszą wybyć, trudno.

Serdecznie gratuluję nazewnictwa Dobrej Zmianie. Ładna nazwa, ale kurczę, jak zmian nie było tak została rzeczona cegła. Owszem, coraz inny aktor ze sceny politycznej opowiada o walorach dobrodziejstw posiadanej cegielni, tylko znowu nikt nie dostrzega problemów społecznych w magazynie. Ile można? Kto wytrzyma? Metafora z Polski zostaje, reszta to zawsze była kwestia interpretacji.

~©by Agar~ 28 marca 2017 r.

 

„Wszyscy kradną”

28 mar

Kolejny raz usłyszałam, pokiwałam głową i tak sobie myślę…

Jeżeli coś jest wielokrotnie powtarzane, wiele ust ludzkich wypowie zdanie o podobnym znaczeniu i postaci, to żeby nie wiem jak mocno pragnąć odczynienia podobnego uroku, najgłupsze, bezpodstawne kłamstwo, urośnie do nimbu prawdy. Kwestia zwielokrotnień, przesunięcia w czasie i przestrzeni, a Pigmej po amputacji języka, opowie o swoim kolorze skóry w aspekcie odcieni bieli, lecz do czarnego nie dojdzie. Kilka rozmów telefonicznych bez wideokonferencji wystarczy do powielenia błędnego przekonania. Cała wiedza współczesnego świata na nic, jeżeli rozmówca nie wyczuje żartu, lub nie posiada wiedzy chociażby geograficznej.

W krótkim czasie kłamstwo ma szansę przetrwać jako najwartościowsza prawda. Cóż, z Pigmejem może zły przykład? Teraz nawet przedszkolaki wiedzą czym są pigmenty. Reklamy źródłem wiedzy od kołyski, więc czemu nie wiedzieć? Ano, tu właśnie sedno, im mniej reklam, tym mniejsze ogłupienie w narodzie, ale im mniejsze ogłupienie, tym rzadsze spolegliwe zachowania. Szybko wraca wtedy werwa, a chemiczne uszlachetniacze żywności nie pomogą na bunt. Poza tym, „Wszyscy kra(…)”.

Właśnie, jak wartościować?  Z czym tych wszystkich złodziei utożsamić? Kim są tajemniczy wszyscy? Jeżeli „prawda” pozostaje relatywnym narzędziem uwznioślenia człowieka, to trzeba wspomnieć o tym, że powielając prawdy obiegowe, mówimy o sobie. Tajemniczymi „onymi” pozostajemy względem innych, a co za tym idzie, ktoś nas (sami siebie) na mocy narodowego przekazu, określił mianem złodziej. Niestety jego zaszufladkował inny, kolejno ktoś, kto wyrażając powielone przekonanie, zakwalifikowany przez kogoś. Tamten przekazał dalej, a w efekcie wszyscy już o nas znają „całą prawdę”, bo sami ją powieliliśmy. Tym sposobem tworzymy łańcuch szkodliwych skryptów postrzegania ludzi z otoczenia, ale przede wszystkim nas. Te skrypty czynimy punktami odniesień do zwielokrotnionych sytuacji. Sami sobie przyznajemy prawo do zachowań nieetycznych, bo kolejne powiedzonko podpowiada, że „Jak inni mogą, to ja też”, a to nie tak!

Co widzę na przyszłość dla kraju? Jasno zobaczyć mogę jedynie brud, muł i grube warstwy szlagu. Dopóki Polak przeciwko Polakowi, wystawia fałszywe świadectwo, bo tak trzeba w myśl bezzasadnej powinności, ani nurt wolności nie nawieje piachu pod mocny fundament, ani nowy ląd się nie wyłoni. Pozostaniemy w głęboko fałszywym bródzie*, a przeświadczeni o płytkiej głębokości porywistego nurtu, nauczymy uprzedzeń kolejne pokolenia. Prościej ująwszy, wepchniemy sami siebie w bagno przekonań imitujące rzekę wiedzy. One wzrosną dodatkowo z fałszywej, zatrutej wody i o nią oprą fundament życia, a ten po jakimś czasie, zachowa się, jak każdy kolos na glinianych nogach – upadnie.

O co walczymy? Zdajmy sobie jasno sprawę z tego, że walczymy sami ze sobą, na krajowym rynku przekłamań. Wierzymy w etykiety, ale ich nie sprawdzamy. Nie kupujemy produktów made in CHRL, bo z gruntu podważamy ich niezawodność. Czy ją sprawdziliśmy? Nie sądzę, zwyczajnie ich nie chcemy, więc odrzucamy. Czy aby na pewno odrzucamy? Jaki producent konfekcji najczęściej gości w naszych szafach? Jakiej produkcji pozostają półfabrykaty naszego obuwia? Gdzie zakupywane są barwniki? Cała sterta pytań bez odpowiedzi. Dlaczego tak? Dlaczego etykietkujemy innych zgodnie z fałszywym przeświadczeniem, a nie jesteśmy w stanie dorosnąć do wypowiedzenia prawdy o nas samych?Kim jesteś, skoro o innych mówisz, że wszyscy kradną? Gdzie są twoi koledzy złodzieje? Ile ukradłeś, skąd ich znasz?

Te pytania powinny zostać bez odpowiedzi, ale też naród powinien zacząć wracać do gruntownych wartości. Empatia przez lata zwyczajnie zanika względem drugiego Polaka. Tak się nie da, współodczuwanie ze zwierzętami utrwaliliśmy, co z człowiekiem? Już pomijam, że złodziej też człowiek, a zawody można i należy zmieniać. Przykuwam uwagę narodową wbrew woli większości, do istniejącego zjawiska. Tylko tyle, nie ferujmy wyroków, a życie będzie przyjemniejsze.


~© by Agar~ 28 marca 2017 r.

 

Kasty wybranych w sektorze usług

05 mar

Kto czuł się kastą wybranych? 

Każdy, kto nie szanował praw innych ludzi, bo siebie przedkładał nad innych, jako wybraną kastę zawodową.
Tak, w Polsce po osiemdziesiątym dziewiątym roku zawierano nieformalne grupy wzajemnej adoracji. Jeden drugiemu w obrębie kasty (zawodowej rodziny) pomagał za cenę wszelką, a to znaczy, że nawet za cenę życia, fałszywych zeznań i zdrowia innych ludzi. Ci „inni” tworzyli składową część wyrobników, którzy za stawki głodowe pracowali przez większą część doby. Kosztem własnego zdrowia, relacji we własnych domach, za wszelką cenę, pracowali na kastę wybranych. Oni, niewolnicy innych ludzi. Jeżeli ktoś pozostawał w sektorze usług dla ludności, nawet jeżeli był zrzeszony w grupie zawodowej, podlegał presji tych, którzy uważali się za wybranych wyższych, czyli bardziej uprzywilejowanych. Urzędnik, prawnik, lekarz, etc., wymuszał wykonanie zamówionej usługi w terminie przyspieszonym, za zaniżoną stawkę, lub całkowicie za darmo. Wersja „za darmo”, czasami wymienna na barter (wymiana towar na towar), nie była niczym innym, jak wymuszeniem dla osiągnięcia korzyści materialnych.

Postkomunizm pod pozorem demokracji, sprzyjał wewnątrz osobowemu lękowi przed urzędnikami, przenosił się na innych ludzi, czynił jednostkę bezradną a za tym budował (w zdrowym, dorosłym człowieku) mechanizm reagowania wyuczoną bezradnością na każdą z potencjalnych przeszkód drogi życia. Taka reakcja wynika z przewlekłego pozostawania pod presją w czasie wykonywania zadania. Zadania, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć efektu końcowego, bo zleceniodawca zaskakuje zmianami uprzednio zawiązanej umowy na wykonanie.

Był to dotąd najczystszy z przejawów nadużycia w naszym kraju, którego mógł doświadczyć każdy usługobiorca. Ten rodzaj zachowań oprawcy -usługodawcy, który nazywany przez R. Cialdiniego „stopą w drzwiach” lub „drzwiami zatrzaśniętymi przed nosem”, jest techniką wywierania wpływu na innych. Technikę należy rozumieć jako karalną w polskim prawie psychomanipulację. Psychomanipulacja do siebie ma tę niechlubną cechę, że dotyczy każdej aktywności wprowadzającej presję. Usługa pod presją czasu; obecności kontrolującej; przymuszenia kolejnymi poprawkami, nigdy nie zostanie wykonana w stopniu satysfakcjonującym. Nie ma znaczenia charakter wykonywanych usług, bo zależność od wieków pozostawała jasna: im bardziej precyzyjna usługa, tym więcej uwagi jej trzeba poświęcić, własnego czasu, a gratyfikacja nigdy nie może być niższa od początkowo zakładanej. Podobnie w kwestii czasu zarezerwowanego na jej wykonanie. Zwracając uwagę na stawki i terminy opodatkowania, także opłaty za ubezpieczenia społeczne do określonej daty, w Polsce nie może być miejsca na jakiekolwiek kasty.

Stosunkowo nie tak dawno, pani premier Beata Szydło, wypowiedziała się jasno: „wobec prawa, wszyscy jesteśmy równi”. W zestawieniu z piątkowym wystąpieniem ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry przeciwko pojęciu „kasta wybranych”, gotowa jestem poczuć powiew wiosny we włosach, a to oznacza nową jakość życia dla ludzi, którzy nie mogli sobie poradzić na własną rękę z ukastowieniem społeczeństwa i pozostawali w niszy, czyli miejscu zawieszenia między światami. Odwagi był w nich ogrom, nie wyjechali. Wbrew oczekiwaniom wszystkich i wszystkiemu, czekają na kolejne zmiany w kraju, które zapowiadane od dłuższego czasu, jeszcze nie nadeszły. Moment przebudzenia tych ludzi, ich aktywność, będzie znaczący dla Polski, jego nie da się nie zauważyć. „Kasta(y) wybranych” stosowała(y) dla określenia tej/tych grup(y) nazwy wymienne, które plasowały się pomiędzy złodziejem, pijakiem, leserantem a obibokiem, itd., gdy tylko chodziło o pokolenie urodzonych po 1970 roku. Dla tych ludzi nie było i dalej nie ma miejsc pracy. Takich miejsc, które nie przymuszają do zmiany zawodu, nie odbierają wolności a zapewniają normalne, w miarę pozbawione niedogodności życie i opiekę medyczną.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii felieton,, zbieranina

 

Równi i reszta

03 mar

„Wikipedia, wolna encyklopedia” opisuje zjawisko:
“Grafomania (z greckiego: „gráphein” – rysować, pisać i „mania” – szaleństwo), patologiczny przymus pisania utworów literackich. Określenie o wydźwięku pejoratywnym.

W większości wypadków pojęcie to dotyczy natręctwa pisarskiego występującego u osób, o których sądzi się, że nie mają odpowiedniego talentu. Jednak grafomania nie musi wiązać się z brakiem predyspozycji pisarskich, może wynikać z rozmijania się z percepcją sztuki i literatury właściwej dla danej epoki. Grafomania jest bardziej zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego”.

Ups! Fajna rozprawka, tylko pytanie pozostaje o to, kto pisać nie może w dobie komputerów?
Pisarz, literat, prozaik, poeta, grafoman, człowiek czy może maszyna? Zakładając, że zmorą współczesności pozostają automaty piszące, kto nie może pisać? Dlaczego myśl ludzka, która spostrzeżeniem wyróżnia się od innej, nie może zostać ujawniona?

Ciekawe w kontekście powyższej definicji, bo jest to „(…)patologiczny przymus pisania”.

Gdzie kończy się norma, a zaczyna patologia?
Czy choroba alkoholowa pojawia się z wypiciem pierwszego kieliszka wódki? No w myśl tego co opisuje „Wiki”, można wnioskować, że pierwsza litera w zeszycie pochwalona przez środowiska nad nią pochylone, jest krokiem w stronę choroby, bo żądni sensacji dalej, czekamy na nagrody.

W sumie, gdyby to ode mnie zależało w 100%, nigdy bym pierwszego zdania nie skleciła, bo po jaką cholerę? Motylki ładne, szlaczki też, trzeba było przestać, nigdy zrozumienie dla „Wiki” by nie przyszło, ale ciąg zdarzeń byłby zachowany, logiczny i w sumie prawie prawy. Krzyżyk pod urzędowym pismem by miał uzasadnienie dla znaku krzyża nad nim i tyle. Super, świetnie, genialnie!
Numerek mam od urodzenia, świeci w dowodzie, to teraz już nie tak łatwo zafałszować. Trzeba było na tym przestać! Wytatuowany na przedramieniu PESEL i dorwanie się do ziemi w charakterze glebogryzarki, byłoby mile widziane.

System kastowy jest wszędzie, jako automat do robót niewolniczych mam szansę i nie czynią zmiany studia. Nie one, skąd. Według „Wikipedii”  jestem patologią.

To jednak wolę rolę glebogryzarki.
Łatwiejsza i może dobrnę kiedyś do awansu na konia?

~©~Agar 3 marca 2017r.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii felieton,, zbieranina

 

In vino veritas

03 mar

Relatywizm prawdy

Ile jest prawdy w niefortunnym związku frazeologicznym „prawda broni się sama”? No, najpierw trzeba ustalić czym tak de facto prawda jest. Nieco zniesmaczona połykam gorycz z pucharu niemocy i zaczynam wertować kolejne strony „Wikipedii, wolnej encyklopedii wiedzy”, czytam: „Prawda – według klasycznej definicji właściwość sądów polegająca na ich zgodności z faktycznym stanem rzeczy, których dotyczą. W potocznym rozumieniu jest to stwierdzenie w formie zdania oznajmującego, wyrażone o określonym fakcie, tak jak ma czy miało to miejsce w rzeczywistości”.

Nie mogę dać za wygraną, już czuję nadchodzące zachłyśnięcie, studiuję (dla odmiany) czym jest kłamstwo: „Kłamstwo – wypowiedź zawierająca informacje niezgodne z przekonaniem o stanie faktycznym. Kłamca przekazuje informacje niezgodne z jego przekonaniem o rzeczywistości z intencją, by zostały one wzięte za prawdziwe. Kłamstwem mogą być także wypowiedzi zgodne z rzeczywistym stanem rzeczy, o ile autor przekazu nie ma świadomości tego faktu. Jak wynika z badań ludzie wypowiadają kłamstwa od 1 do 3 dziennie[1].”

Zdania mądre, prawie pełne i w gruncie rzeczy mocno filozoficzne. Ostatnio, jak mnie zaskoczył otworzony list nie moją ręką, to czy była prawda że adresowano go do mnie, czy wierutne kłamstwo?
Nie wiem co sądzić, dobrze że są telefony, został dowód, treść z rozmowy znam, to w środku nie ma moich odcisków palców.
Tylko tak mnie przepełnia niesmak, normalnie czekam aż mi się przeleje, bo wtedy nie zamierzam przebierać w słowach. Najpierw świadomość nasuwa obraz zemsty, ale rozum podpowiada „pozwolenia na broń nie masz!”. No, nie mam, ale odznakę strzelectwa tak. Chciał nie chciał, może tkwię w błędzie, wypada odłożyć tę wizję na później.

Długo nie trzeba było czekać.
Brak zwrotki; kolejny otworzony list; i następna niepewność o resztę korespondencji. Moja prawda ma dowód, jest papierem z odciskami palców. Podejrzani? Albo sąsiad, albo listonosz. Ile wart taki dowód? Cóż, dla mnie wiele, ale bez badania z daktyloskopii, jest jedynie dowodem starego kleju na kopercie. Stąd poziom niesmaku, że moja prawda, mój dowód, pozostają prawdą relatywną, bo zależą od dodatkowego czynnika. Dopóki nie udowodnię, pozostaję kłamcą, bo każdy przeciwko mojemu dowodowi (bez wiedzy o jego zatrzymaniu), występuje słowem przeciwko słowu. To nie jest wolność! Wybór nie istnieje. Zasada mniejszego zła nie istnieje, bo żal za milczenie zostaje we mnie. Zemsta? To też żadne wyjście, bo kodeks Hammurabiego nie ma prawa bytu.

Staram się przełykać z kielicha dalej, gorzkie coraz bardziej, z wolna zaczyna mnie mdlić, bo gestapo w mojej głowie wydaje rozkazy prawie jak dobre rady: „liczy się człowiek, odpuść”.

Tak, relatywizm postępowania ludzkiego, czy może obawa o siebie? Obie strony (ja i druga) były zainteresowane treścią. List był urzędowy. Dzieli nas różnica wieku, kraj jest postkomunistyczny, a list przyszedł z IPN-u. Dotychczas listonosze współpracowali z bezpieką. Po 89 roku nic się nie zmieniło, nadal powiedzenie „wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi” nie traci na aktualności. Zamiast UB, są urzędy alternatywne także do pisania donosów.

Zaczynam tracić rozeznanie, bo nie to że się dławię! Po jakie licho mnie sprowadzono na świat, w którym wszyscy znają prawdę, a definicji jej nikt nie rozumie? Powszechne ustosunkowanie się do człowieka przez uznanie go za kłamcę, bez dopuszczenia myśli o czynniku determinującym teraz życie (zegarkowym pędzie), jest z gruntu zakłamanym. Prawda broni się sama, ale dla niej trzeba wytworzyć warunki. Tymi warunkami w rozpędzonym świecie ku relatywizmowi kapitalizmu, są nowe normy odrzucające w całokształcie czas PRL-u. Żeby nie wiem jak bolało, bez znaczenia dla kosztów, musimy wyzbyć się wścibskiej maniery dociekania prawdy sąsiada na własną rękę. W innym przypadku zostanie rozgoryczenie po czasie, lecz nie sąsiad/listonosz zawiedzie, a nasze myśli o nim. Te myśli, które wyssaliśmy z mlekiem matki, lecz realia jej życia nigdy nie będą naszymi. Uff! To pewnie lepiej, bo nic dobrego w przeszłości nigdy nie czeka. Przeszłość pobieżnie znamy, ale przyszłość jest dopiero tym, co może zamienić Istrę w Sangrię. Słodyczy nie ubędzie, a domieszki stworzą nową jakość.
Oby była bez goryczy, złych wspomnień i drożdży piekarskich.

~~~© by Agar~~~ za pomocą Blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii felieton,, zbieranina

 

Polskie kasty

28 lut

Polska nie przechodziła okresu postkomunizmu. Za sprawą kolejnych autorytetów o wątpliwej biografii, w 89 roku rozpoczęliśmy spolegliwie uległy czas, któremu nadano miano demokracji. Formy wyboru umożliwiające jednostkom dalsze życie o standardzie niezmiennym, przez kolejnych dwadzieścia lat (prawie trzydzieści), zniszczyły polską gospodarkę.

Temu nie pomoże żaden kolejny rząd, nie pomogą fundusze zagraniczne ani przymusowa banicja „zasłużonych” tamtego czasu. Bezkrwawe rewolucje nie mają racji bytu. Pozostajemy krajem komunistycznym, trwa nadal zimna wojna, doświadczamy hybrydowego pozoru. Walka z terroryzmem nie jest wojną Polski w takim rozumieniu, jakie nam jest zaszczepiane.

Terror w obrębie granic trwa od 45 roku. Walczymy ze sobą, między sobą i stosując mnogość metod, doprowadzamy własny kraj do zgliszczy. Narodowa jedność pozostaje konstruktem teoretycznym. Eksodus narodu trwa. Trwa ucisk na nas wszystkich. Mówi się o kapitalizmie, o walce „z”. Tymczasem wróg jest wewnętrzny, nie ma postaci spersonifikowanej. Nieosobowego potwora nie można zniszczyć, można jedynie na określonej, wyodrębnionej niwie, spróbować oczyścić teren objęty zachwaszczeniem.

Rząd pozostaje sam, bez pomocy obywateli. Obywatelskie donosy zaczynają się mnożyć, lecz ich kumulacja jeszcze przed nami. Resortowi pracownicy od długiego czasu działają przeciwko obywatelom i rządowi. Kolejne zmiany poprawiają sytuację, lecz tylko na moment. Zarzewie konfliktu wewnętrznego pozostaje niezmienne od lat. Wybuch domowej wojny zdaje się być przesądzonym.

Wiara już Polakom nie pomoże. Nawet w tym miejscu, jakże charakterystycznym dla narodu, zatracamy najważniejsze z doktryn kościoła. Eskalacja negatywnych emocji względem drugiego człowieka doprowadzi do walk ulicznych. Krwią spłynie Wisła i Odra.

Nie walczymy z ciemnoskórym wrogiem, walczymy z terrorem zakłamanej ideologii. Tej, która wzmocniona przez lata zbywania, zamiatania pod dywan, pomijania i przemilczeń, nic nie wniosła dla Polaków. Osłabienie formami przymusu, staje się nie do wytrzymania. Przymuszają do działań, zaniechań i niezgodnego z prawem (również boskim) życia ci, którym chęć zysku plącze myślenie. Tymi „onymi” pozostają członkowie rodzin; funkcjonariusze; urzędnicy państwowi; politycy i inni składający się na postkomunistyczną „kastę wybranych”.

Polska nie ma systemu kastowego, przypominam że podobne myślenie o sobie w tych kategoriach, jest wyłącznie poniżeniem drugiego człowieka.
Człowiek jest sam w sobie najwyższą wartością, bo na podobieństwo Boże został stworzony. Ciało wyróżniamy cechami przyrodzonymi. Dusza i umiejętności mogą korelować ze sobą w określonej grupie. Nie czyni to jednak cech predestynujących do określonej kasty. Indyjski system kastowy nie jest polskim! Powtarzam głośno i wyraźnie, człowiek jest wartością najwyższą. Ta wartość ulega zmianom w czasie. Jednostki czasu nie są stałe dla wszystkich, a osobowo zróżnicowane. Zawód można i trzeba zmieniać, bo jest to zgodne z naturą wszechrzeczy.

Żadna z form zawodu nie sprzyja ukastowieniu społecznemu. Etykiety istnieją jedynie w ludzkiej myśli. Stygmat zawodu szkodzi zdrowym relacjom międzyludzkim. Owszem, pozostajemy w obszarze grup zawodowych, lecz zawód nie przesądza wartości człowieka! Stan posiadania przez cykl życia, ulega zmianie. Nawet w indyjskim systemie kastowym, posiadanie zmienne jest w czasie.

Powyższy tekst powstał z potrzeby niedoskonałego procesu wnioskowania. Nie wymagam poklasku, zachęcam do przemyśleń, dziękuję.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii felieton,, zbieranina

 

Jak to możliwe?

07 lut

Teoretycznie jestem, żyję, staram się nie umrzeć i nie szkodzić niechcianą obecnością. PraktycznIe? Praktycznie jestem jak każda kolejna ofiara systemu, który przez lata preferował koneksje, a ja niestety ich nie mam i nie miałam. Jestem w tej grupie użytkowników życia, którzy nie byli wśród równych, a za tym idą kolejne konflikty, brak zrozumienia i formy odrzucenia. Wszystko razem składa się na dogłębne poczucie samotności. Niestety Polska jako kraj obfituje w życiorysy ludzi ściśle związanych z czerpaniem korzyści w sytuacjach nie do końca zbieżnych z legalnymi źródłami zarobkowania. Skąd taka prawidłowość?
Wyłącznie stąd, że narodowi polskiemu było i jest „na rękę” okradanie bliźniego po to, by samemu posiąść więcej. Swoją drogą, najbardziej zakłamany naród wśród krajów europejskich. W tym miejscu ktoś doda od siebie słowo „brednie”. Cóż, skoro tak uważa, znaczy że pozostaje ze mną po tej samej stronie barykady, ale doświadczenie uczy, że szybka i dosadna skłonność negacji wskazuje jednoznacznie na coś zgoła innego. Gratulować nie będę, bo nie ma czego. Płakać tym bardziej nie. Ostatecznie wielokrotnie i z różnych ust słyszałam, że każdy jest kowalem własnego losu. Akurat to podejście zdejmuje [umiejętnie] odpowiedzialność ze zbrodni post-komunistycznych. Czyści sumienie przed lustrem codzienności aż do tego momentu, w którym z uśmiechem na ustach ponownie [spadkobiercy starego systemu] wykażą się umiejętnością szybkiego zarobku o wątpliwym źródle pochodzenia. W świetle prawa, uważanych za legalne, był bezmiar form aktywności przymuszeń usankcjonowanych ogólnospołecznym dobrem, które nic wspólnego z prawem nie miały. Tak, poezja komunistycznego żywota plasowała się pomiędzy posiadaniem, znajomościami, mundurem, sądem i posiadaniem. Kto nie miał, ten dostawał etykietę „złodziej”. Wielce prawdopodobnym jest, że sam złodziej z tej etykiety ubóstwa, mógłby parsknąć śmiechem, ale co tam! Każdy może powiedzieć wszystko, ostatecznie trwa demokracyjny cyrk od 89 roku. Można sprowadzić całość funkcjonowania upośledzonego społeczeństwa [komunistów, post-komunistów i ich emancypowane dzieci] do metafory oceanicznego przypływu. Oni pojawiają się z próżni, nie mają materialnego dna, emocjonalnego też nie znają, a różnica w porównaniu do oceanu taka, że nigdy nie następuje cofnięcie i refleksja przy niegodnym i krzywdzącym działaniu.

~~~© by Agar~~~ za pomocą Blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii felieton,, przemyślenia

 

Wartościowanie

04 sty

Pęd determinuje braki?
W sumie nawet możliwe. Taka jest rzeczywistość wymuszająca na człowieku człowieczeństwo. Daleka wielce od jego istoty wiara w efekty własnego działania.
Które efekty, jakie, gdzie one są po latach?
Właśnie, w czasie braku stałości jej oczekujemy i tym samym czynimy sobie samemu szkody wszelkiego pochodzenia. Pozór stałości we własnej względności zakłada z gruntu iniekcje treści człowiekowi zgubne. Inwazyjne molekuły chemii pozornie scalają, ale po czasie skutecznie defragmentują rzeczywistość, którą uważaliśmy za godny zaufania constans.
Ubywamy sekunda po sekundzie, umierają nasze myśli, nasze ciało. Zamykamy rozdziały w etapach życia, cieszy niewiele do czasu w którym poważnie zasmuci inne aż tak, że poprzednie zaczynamy traktować jak absolutne dobrodziejstwo losu.
Czy poprzednie było cudem?
Jeżeli dzieje się cud, z samej jego definicji, nie damy rady obniżyć jego znaczenia. Widzi go także otoczenie w symilnych kategoriach. Cud nie podlega wewnętrznemu wartościowaniu ani zewnętrznym zależnościom. Albo cudem jest, albo o cudzie mówiąc, przesadziliśmy. Każdy doświadcza, każdy z nas na własną miarę, pojęcie straty nikomu nie jest obce, ale w czasach powszechnej aprobaty pędu, cuda straciły definitywnie na znaczeniu.

~© by Agar~4 stycznia 2017 r.~

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida