RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Erotyka’

Technologia pędu

14 gru

– o koniach mechanicznych.

Słońce tamtego popołudnia chyliło się ku zachodowi. Przybierało odcieniami złota w rudej czerwieni okoliczną faunę i florę. Młody mężczyzna zatopiony we własnych myślach, siedział na polnym otoczaku i zagubionym spojrzeniem badał bezwiednie horyzont ściany lasu:

— Wypalam się – powiedział do siebie. — Zwyczajnie, jak ogarek świecy. Jeszcze czuję przyjemny pełganiem ogień, jeszcze ten czar powiewem jest obok, jeszcze pamięć pulsuje wspomnieniem, lecz żarówka z wolframową sprężyną gotowa pobić mnie na głowę, choć ona też z wolna odchodzi w zapomnienie – myślał wzdychając, a po jego policzku spływały łzy żalu. — Dziwnie, zupełnie tak, jakby najmniejsza drobina jednej całości gasła. Boli, bardzo boli. Niedoskonałość planowanej doskonałości bez szansy na istnienie, wystukują złowieszcze metrum garbatym kosturem. Niuans zacienionych przestworzy sięga nieporadnie kostropatą dłonią po duszę uwięzioną w niedoskonałym ciele. Ucieczka nie jest rozwiązaniem, nie istnieje. Jedynie pozorny dotyk w delikatnie chropowatej formie kolczugi przypomina o celowości jestestwa – wbił z całej siły gniewu kij obok własnej stopy. To czyniąc przedarł sfatygowane płótno letnich butów, a po chwili wylała się z nich gęsta struga krwi, na którą nie zwrócił najmniejszej uwagi, kontynuował: — Pancerz skorpiona czule obejmuje drążąc w głębinach wspomnień kamienne tablice zapomnienia o subtelnej delikatności. Bagnet niczego nie wskóra na grzęzawisku wciągającym do dna ryzyka. Mech porasta od północnej strony byty formy zaprzeszłej, a zachodząca tarcza słoneczna uszlachetnia złotymi refleksami pozorną zbroję. Ot!, cena winy przypisanej zdarzeniom może utopić każdego przy wrzosowisku, bo cenzuruje najmniejszy ruch liści. W zamian nic nie daje, tylko spokojnie zabija szmer skrzydeł ważki (sic!). Odwieczne “zaraz” dla zamarłego w bezruchu konkwistadora?! Czym, czym może być zefir na leśnym przedpolu, kiedy zapada zmierzch? Komu potrzebny widok sprzed chwili, gdy dudni tętent mustangów w konarach drzew? Nie słychać cykad z wysokiej trawy, jedynie syk pilnujący iskry spod ostróg przeskakującej „nad” – cylindrami cierpienia.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 

Dywagacje nad prawością

08 gru

Gdzie jest Polska w XXI wieku?

Już niby nie jesteśmy krajem komunistycznym, niby wszystko powinno układać się należycie, jednak coś jakby nie chciało zatrybić. Społeczeństwo jest stare, z uwagi na brak jakiejkolwiek pomocy państwa w życiu obywateli, po długich latach drenażu portfeli, dogorywamy. Pośrednio dzieje się tak za sprawą grabieży środków z OFE, które miały gwarantować zachowanie ciągłości, lecz ich zniknięciem zasponsorowano nam – Polakom – zamiast wizji przyszłości, brak chęci do życia.

Kolejne modernizacje struktur państwowych, których pierwotnym celem miała być pomoc, pozostały konstruktem teoretycznym, można powiedzieć, że udało się wykorzenić część narodu, lecz raczej nie o tę część chodziło w założeniu. Niby jeszcze jesteśmy, niby dalej trwamy, ale między 30 a 50 rokiem życia, przeciętny Kowalski nie posiada kompletnie nic, o ile nie ma ochoty utrzymywać banków niewiadomego pochodzenia, nie zdąży dożyć do wieku emerytalnego, bo konieczność utrzymywania świadczeń wypłacanych emerytom pracującym na kilku etatach w ramach „dorabiania”, skutecznie odbiera tak pieniądze z budżetu, jak miejsca pracy i do tego jeszcze jedzenie ze stołu najmłodszych. Nic to dla emeryta, bo uważa, że ZuS płacił na siebie. Ups, a to już jest jego problem, niech spróbuje zapłacić go za siebie teraz, albo niech przestanie odbierać pracę młodszym!

Niestety, prawda jest naga i ma tendencję rozwoju w czasie. Czas nie sprzyja, bo nie potwierdza błędnych przekonań, jedynie dostarcza kolejnych danych. Dane nigdy nie są adekwatne, bo każdy czyta jak chce. Naprawdę, czy nikt nie wspomni teraz faktu o tym, że ZuS nie był w początkowej fazie istnienia obowiązkowy? Nikt nie ma wspomnienia o potrącanych składkach na poziomie 2% wynagrodzenia? No, było tak, że emerytów nie było, a ci, którzy przeżyli II WŚ, albo pozostawali na utrzymaniu ubogich rodzin, albo umierali i wcale nie z dobrobytu.

„Chcę” jako pojęcie względne, oczywiście nie oznacza jednorazowej tendencji, lecz wielokrotną powtarzalność w czasie z iście polskim akcentem przewagi dla „nie chcę” i tak właśnie przyjęto we wczesnych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, że w Polsce znaczenie będzie miało jedynie „chcę”, lecz przez końcowe „muszę”, które pierwszy raz usłyszano z ust L.Wałęsy w okolicach 1989 roku. Ponieważ słowa zapamiętano, pozwolono im kształtować system wartości. Nikt nie musi wykonywać bezrefleksyjnie poleceń innej osoby o ile nie został pozbawiony praw! Pozbawienie praw zawsze odbywa się na mocy wyroku sądowego, który musi się uprawomocnić. Bez tego nikt nic nie musi, a jego „Muszę” wynika wyłącznie z wewnętrznego przekonania.

Im starszy człowiek, tym bardziej wbity w przekonanie zasadności co i kto musi. Jego zdaniem każdy musi, jak i on musiał. Gdy wzrastał, autorytety nie mogły być podważane, ale obecnie nawet to uległo zmianie. Znaczenia dla „starszych” nie ma różnica technologii, czasu, jego strefy czy różnorodność życia obfitującego formami. Nie, bo każdy „musi” według określonego skryptu bez nazwy, podążać w kierunku „chciejnego” zaślepienia, inaczej jest zły.

Chyba gorszego przekłamania powielonego w czasie być nie może.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii opowiadanie, relacja

 

Nigdy

07 lis

Kiedyś usiądę przy szklanej kuli,
żeby zapytać o dawnych przyjaciół,
ich ból u myśli, u wrót niedoli, u serc co boli o słupy soli zjadane od lat.

Bo kiedyś będę mogła powrócić,
W kiedyś otworzą wrota od czasu,
gwiezdne wierzeje tajemnic ułudy, skutecznie zmieniają Sansary* szlak.

Kiedyś ocenię, kiedyś zrozumiem,
kiedyś odnajdę, kiedyś odczuję,
kiedyś wypowiem i kiedyś odmienię, kolejną kulą ludzkie cierpienie.
_
*szlak Sansary w rozumieniu wędrówki kolejnych wcieleń duszy z wierzeń buddyjskich.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii opowiadanie, przemyślenia

 

Gość

05 lis

W „Smurfach” był jeden niebieski stworek, który bez przerwy czegoś nie cierpiał. Mam takiego w sobie.  Skubany,  odzywa się w najmniej oczekiwanym momencie.

Jest 03:30, rozbudził mnie dźwięk upadku z wysokości 2,40 m . Nic z tych rzeczy, żaden kot; pies; człowiek.  Gdyby tak, bym pewnie nie wstała, bo „plask!” był na łóżko i nikły nawet w porównaniu do kota. Sufity ktoś przede mną wyłożył boazerią, więc nawet przy dobrym oświetleniu, rzadko kiedy widać podobnego osobnika, a co dopiero dostrzec go w półmroku. Nic nie widziałam, było słychać „plask!”. Oj, takich numerów nie trawię. Aż się na mnie skóra z wrażenia podniosła, binokle spadły. No, założyłam żeby rozpoznać konkwistadora.
O święta siło wartości zapomnianych, czegoś takiego jeszcze nie grali. Normalnie regularny pająk. Żaden tam rachityczny, bydlę wypasione w pełnej krasie z moherowym sweterkiem. Fujć! Widok z reakcją w mdłościach. Patrzę, a to obrzydlistwo chce się koniecznie przytulić!

No, biegnie w moim kierunku na bruderszaft. Sobie myślę: „niekultura jeden”. W moim łóżku, bez pozwolenia w sweterku i z uświnioną myślą? Zanim doszedł do podwiązki, zdążyłam się poderwać z krzykiem, wpuściłam do sypialni koty. Wszystkie trzy, przecież psów budzić nie będę?! To był błąd. Moje koty wparowały prosto na łóżko, rozwaliły się szczęśliwe do góry kołami obok intruza i tak się musiał zawstydzić przy dziewczynach, że zwyczajnie uciekł. Gorzej że nie wiem gdzie on jest, koty zajmują łóżko, a ja chciałam się tylko tej jednej nocy spokojnie wyspać bez kotów. Wyszło mi z tego coś pomiędzy thrillerem a horrorem, czyli smurfny hit z podtekstem nieco bajkowym, bo bajeczne to to nie było.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 

Tajemnicza głębia

03 lis

- prawie dziennik pokładowy

Łódź nie płynie, fale dziwnie frywolne,
halny duje, a ja mam myśli spokojne.
I nawet żeby donder świsnął,
albo drzewce nadwątlił,
płyniemy dalej – głębokie wody,
w to nie zechciej wątpić.

3 listopada A.D. 1016, 00:15

Nocą przekroczyliśmy granicę Rubikonu. Pełni nadziei i pełni obaw, spoglądamy z bocianiego gniazda w bezkres gęstego powietrza. Wiatr stale wieje od lądu ze strony południowo wschodniej. Nie zanosi się na sztorm, światło latarni już powinno pulsować po lewej stronie burty, księżyc w nowiu, wytrwale tkwimy. Zapasy żywności skończyły się dwa tygodnie temu. Musimy przeczekać do świtu, bez linii horyzontu nie zrobimy nic.

4 listopada A.D. 1016, 06:13

Zaczyna kołysać statkiem i niebezpiecznie spycha nas w najmniej ciekawy obszar Bermudów. Załoga klnie bez oporów. Mają złego dowódcę, a latarni jak nie było, tak nie ma.

4 listopada A.D. 1016, 06:20

Dziwne wiry zaczęły mącić wody, kipiel dookoła. Chlupotanie nader głośnie wdziera się do wnętrza statku. Woda w maszynowni, pompy wyją złowieszczo, żagle ściągnięte. Dziennik pokładowy ze statkiem zostawiam, niniejsze zapiski w lakowanej butelce wyrzucam. Ja, kapitan Queen Ashley, który transportował trzydzieści łokci najcenniejszego jedwabiu, pięćdziesiąt skrzyń ze złotem, pięćdziesiąt antałów z winem w podzięce dla…

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii opowiadanie, przemyślenia

 

Telekomunikacyjna awaria

02 lis

Oj tak, oj nie, oj!

Przyzwyczailiśmy się z ogromną łatwością do dostępności sieci.
Z bankomatów, telefonów, komputerów i urządzeń które w nieco inny, aczkolwiek zbieżny sposób ułatwiają naszą codzienność, korzystamy ochoczo. Kiedy ograniczenie sieciowe nie zależy od nas tylko czynników zewnętrznych, popadamy w panikę graniczącą z apopleksją i żądamy natychmiastowego cudu. Cud ma polegać na przywróceniu sytuacji poprzedzającej kryzys.

Niestety, jak na każdym etapie rozwoju, wejście w fazę plateau  określaną jako pozorne utrzymanie stagnacji, nie musi być korzystne dla jednostki. Cieszy człowieka utrzymanie na szczycie hiperboli, co zrobi wtedy, gdy szczyt się dla niego znajdzie na minusie? Ostatecznie wtedy, gdy zależy coś wyłącznie od nas samych, jesteśmy przekonani o sprawstwie, nie przychodzą myśli o pogorszeniu sytuacji, a nawet jeżeli, nic nie przepowiada długoterminowości i pozostajemy głęboko rozczarowani. Zawód z żalem mają przypadłość potęgowania się. Ich kumulacja prowadzi do tego samego wyniku jaki obserwujemy w rozmaitych grach hazardowych.

Tam teoretycznie zakładamy możliwość straty, w życiu raczej nigdy. Wywrotowe nieco podejście do atrakcyjności, lecz taką jest właśnie gra: atrakcyjną. Gramy w teatrze życia, gramy markując, gramy zdobywając, gramy spadając, bo wówczas ugrać chcemy upadek o najniższej stracie.

Czy jest to w ogóle możliwe? Jak pokazuje banalny przykład przestoju pracy w jednej z sieci telekomunikacyjnych, koszt może przewyższać wielokrotnie ewentualne korzyści. Korzyść miał operator, a straty? Pozostaną przemilczane, bo Polak narzekać umie, jest z tego znany, nikt go słuchać nie będzie, a szkoda. Szkoda straconych minut, znajomości, zleceń, umów, własnej twarzy na niwie zawodowej, koleżeńskiej, „czy”. ”Czy” jest zależnym czynnikiem od jednostki i dopóki ona nie powie o poniesionych stratach, otoczenie uzna, że takowych nie było. Nic bardziej mylnego, jedynie ci, którzy spali, strat nie ponieśli, bo Morfeusz zwyczajnie oddalił kolejny raz od nich bieżące dane o braku danych.

Tu nieco drwiąco z mojej strony, lecz czy możliwe, by w kraju unikającym monopolu, płatnej protekcji, zmów społecznych, nie można było zachować minimum pewności do trwałych kanałów komunikacji? Ostatecznie dostępu nikt nie może ograniczać, a jednak.

~~~© by Agar~~~ za pomocą Blog.pl dla Androida

 
 

„Wspominkowo” czyli z magazynu pamięci

30 paź

Pamiętam, był rok 2009. Usiadłam przed ekranem swojego pierwszego w życiu laptopa mini, założyłam konto, do niego przypięty był blog z automatu. W sumie wszystko miało dobre zakończenie, ale ani blog nie przetrwal, ani konto, ani mini. Bladość strony, wszechogarniająca bladość i straszące mnie symbole na klawiaturze. Właśnie, jak napisać „klawiaturze”? Myśl pojawiła się znikąd, zatoczyła koło i brzęknęła z hukiem o podłogę. Niby jak zacząć pisać cokolwiek? Nie da się. Kłębek w głowie, dyskomfort w żołądku i dysonans z poczucia, że jeszcze ktoś to przeczyta. Straszna marność, zwyczajnie potworna.

Wspominam szkołę, studia, egzaminy, ale nic tak nie działało, jak wtedy widok białego ekranu. Przełamałam się do zapełniana treścią wolnej przestrzeni dopiero pod wpływem magii e-maila. Po jakimś czasie, bardzo chciałam, z tego samego adresu odpisać znajomemu. Temat dotyczył historii Polski przed i bezpośrednio po II Wojnie Światowej. Błędów ortograficznych, stylistycznych i merytorycznych umieściłam tyle, że dotąd nie zdołałam powtórzyć ówczesnego rekordu.  Jakiś to wkład w literacki dorobek był, nie ma na co narzekać. Cóż, tylko jedna myśl: utrata znajomości, która miała miejsce, nie pobudowała ani mnie, ani nowego światopoglądu.

Ot, strata. Nie minęło dłużej niż kilka tygodni, przyszedł nowy, nieznany mail. Wiadomość wierszem pisana. Oficjalna forma, relacja klient-sprzedawca, minimum czasu na odpisanie, a odpowiedź nagląca. Trzeba było stanąć na wysokości zadania. Zadanie stało się wyzwaniem. Droga ucieczki nie istniała. Dałam radę. Pierwszy raz wtedy, przełamałam wizję białej strony.

Teraz, już im tylko kolory zamieniam w dodatkowych programach biurowych typu wps office, bo biały zawsze przypomina o swoim niepotrzebnym bezkresie. Połączenie klawiaturowe Ctrl C zamienne z Ctrl V, albo kopiujące kartki androida, odwodzą od wątpliwych wspomnień. Jeśli mogło się udać mi, chyba każdemu początkującemu powinno udać się lepiej?

Polecam przygodę mailową, blogową i każdą, która literami zdobi monotonne tło.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 

Koszmarna trójka

27 paź

– fragment wybrany. Opowiadanie pozostaje literacką fikcją.

Tacy byli: bezproblemowi dla siebie, pretensjonalni względem oczekiwań od życia. Życia, które nie niosło dla nich oferty. Żadne z pokoleń wcześniejszych nie przeżywało podobnych doświadczeń, żadne nie żyło w podobnych uwarunkowaniach historycznych, technologicznych, finansowych ani logistycznych, jednakowoż widzialne winy ważyły nadmiernie. Podejrzenie o nieuzasadniony pesymizm, lenistwo i ociężałość umysłową doprowadzały do załamań nerwowych. Czasy sprzyjały szybkiemu wnioskowaniu na nieuzasadnionych przesłankach, poza tym polskość uważano na arenie międzynarodowej za pierwiastek radioaktywny, niegodny uwagi. Powielano skrypty zakotwiczone o błędne przekonania. W Polsce dominował mit dorobku przed czterdziestym rokiem życia i wszystkich, którzy magiczną barierę przekroczyli bez widocznych efektów, spisywano na straty. Normą stało się szydzenie i drwiny wobec niechęci do osób wyjeżdżających zarobkowo. Przedwczesne powroty nie satysfakcjonowały nikogo, w krótkim czasie po nich, następował niekorzystny ciąg zdarzeń. Schemat wielokrotnie powtarzalny odbierał skutecznie chęć do życia i wynikiem długoterminowej depresji, bez dostępu do skutecznych metod leczenia, młodzi jeszcze ludzie, umierali.

Kto z nich mógł przypuszczać, że film „Wyspa” stanie się bliską codziennością? Naiwni w swej prostej ufności, dziecięcego podejścia do świata wierzyli, że to kolejna bajka jednego z wielu scenarzystów o podstawie dalece robieżnej z rzeczywistością. Dobrowolnie powielali mit, który strukturą molekularną pożerał ich dochody, niszczył marzenia, trawił wnętrzności. Zastraszeni ufali wizji bezpiecznego świata, pozwalali na lokalizację, legalizację, naturalizację, libertynizm i magnetyczny chip w dokumentach. Dorosłe dzieci bezgranicznie ufały własnym zmysłom, pomimo iż znały pojęcie zaburzeń spostrzegania. To właśnie im jako pierwszym użytkownikom, trafiały w dłonie książki z kolorowymi obrazkami wzrok mamiącymi. Im magia kina nie pozostała obojętną, im otworzył się świat, oni mogli próbować orientalnych smaków, oni…

Zrodzeni w jednym z kolejnych wyżów demograficznych powojennej Polski, tylko byli. Epitafium grawerowano za ich życia słowami: „żył, miał, zmarł”. Sami sobie dostarczali świadectw dla beznadziejnej powtarzalności. Sami podyktowali zgodność dla bezprawia. Mogli, lecz ich siła tkwiąca w grupie traciła zalety zawsze wtedy, gdy pieniądz przejmował rządy. Ten skrypt myślowy oddalał od przeznaczenia, a ono oddalało skutecznie od prawdy. Prawda leżała na krawężniku ulicznym. Z każdym dniem wzbierała na sile, ciężkie od kłamstw powietrze nie było w stanie przyćmić mocy pokolenia. Tego pokolenia, które pod patronatem Plutona jest w stanie odmienić losy Ziemi, czyli swoje własne… cdn.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 

Gdzie jesteś?!

19 paź

Szukam stąpając ślepo za Twoimi śladami, nie ma Cię! Niby mały pokój, raptem dziewięć metrów, ale tracę wiarę, że żyjesz. Najdroższy Przyjacielu, wracaj! Jak mogłeś? Jak mogłeś mnie tak zostawić? Bez uprzedzenia? Czuję, że już nie znajdę, lub to, co znajdę, przerośnie moje oczekiwania. Zbyt długo czekałam, że wrócisz. Sekundy zamieniły się w godziny, godziny w noc. Znalazłam, odnóża zadrżały. Teraz wklejona w chłód ściany, przyciskam serce do zielonego ścinka tkaniny. Patrzę marząc o możliwości uniesienia odwłoku do pajęczyny. Nie istnieje, jak Ty już nie istniejesz. Nie ma nic, mnie zamiecie wiatr, bo jestem tylko rachitycznym egzemplarzem większego odpowiednika. Żegnam Cię teraz, tutaj, na zawsze po to, by odrodzenie przyniosło kolejny zaczątek złotej spirali Fibonacciego.

~©~ Agar~ wt., 18 października 2016 r.

– opowiadanie jest formą relacji o tęsknocie zaobserwowanej pomiędzy pająkami. Myśl jest projekcją, kwestią wyobraźni.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida

 

„Smak porażki” — proza warsztatowa w grupie poetyckiej portalu FB

18 paź

No, horrendalnie dobry pomysł! – krzyknął Teodor – Zaraz mnie szlag ze szczęścia trafi, jak myślisz Bździągwo?! Chyba nie jestem zbytnio upierdliwy!?
— Nie, nie jesteś – syknęła złowieszczo i dodała: — Wężowniku mój, kochany! – zdanie dopełnił gromki śmiech, słyszalny od kokpitu, aż do maszynowni.

Latająca maszyna dryfowała na wysokim pułapie chmur. Teodor zdążył schować peryskop, zanim ociężałe cielsko latającej krowy opadło na wiotkim sklepieniu.
— Wiesz ty co? – zagaił do Krowy – Byś może ciutes schudła? Nie, no, wiesz, ten tego tam, no tam, bo nie to przecież, żeby mi na tym jakoś szczególnie zależało, czy inne takie? Ostatnio jak jakaś inna wylądowała w tym samym miejscu, deszcz nam ze środka wysprzątał elektronikę, do cna. Kochaniutka, kumam, że grawitacji nie ma, bo ją wyłączyli w ramach oszczędności, ale wiesz… Przyzwoitość przede wszystkim!
— Teodorze, normalny jesteś? Znowu z krową rozmawiasz? – ironicznie zapytała Bździągwa.
— A co? Już sobie z intelektem trzeba spotkania dozować?
— Uważasz, że go masz, bo „na orbicie” własnej doskonałości rozumiesz lepiej krowy, niż ludzi?
— Oho, pani Bździągwie rąbek u spódnicy przeszkadza?
— Phi! Też mi coś, a Ty przepraszam, znowu najarany, czy niedoskonałość galaktyki cię przyprawiła uszczypliwością?

Nieciekawy dialog przerwało nagłe zgrzytanie. Dźwięk dochodził z wąskiej przestrzeni pomiędzy skrytką na bezpieczniki i oświetleniem kokpitu.
— I masz Bździągwo placek! – krzyknął Teodor – Dasz radę? – dopytał.
— Dam. Starszy Zastępca Komandora Kompanii Flotylli Chmurnej, Bździągwa, do usług! – zaintonowała — Że co? – udała zdziwienie — Nie, no panie Naczelniku „Ryszardu”,  nic takiego miejsca nie miało! – spąsowiała, a zawstydzenie zmieniło tembr jej głosu. Po dłuższej chwili słuchania wywodu, odpowiedziała: — Przepraszam za niesubordynację, wszystko przez stare krowy. Podobny widok nie będzie miał szans powtórki. Wiem. Rozumiem. Zakodowałam. – opadła na fotel.
— Ej, co jest grane?
— Daj spokój – machnęła ręką wyjaśniając: — Znowu nam projekt ustawy nie wyszedł – łzy napłynęły do jej migdałowych oczu.
— Ech! Nonsens jakiś, znowu ktoś chce nam na złość zrobić?
— Nam na złość zrobić?! Dobrze się czujesz? Jakie „nam”!?
— Okay, spokojnie, tylko spokojnie – tonował Teodor — Znowu kwestia Krów na kokpicie?
— W pewnym sensie tak, bo pomysłu znaczkiem skarbowym nie dopełniłeś! Wiesz czym to dla Ryszardu?
— Łatwością czytania?
— Nie! To kolejna ustawa, której nigdy nie będzie!
— Trudno, ostatecznie, który idiota, by coś podobnego non profit robił?
— Debilu, a placków nie masz do dyspozycji?
— Mam, tylko nie lubię!

~©~Agar~ wt., 18 października 2016 r.

~~~©~by~Agar~~~
za pomocą programu blog.pl dla Androida